17 kwietnia 2016

Rozdział 19

„Gdybym nie miał Ciebie, nie chciałbym żyć.
Ty jesteś teraz jedyną rzeczą, w którą wierzę naprawdę.
Ty, nic więcej. Mam chyba prawo tak myśleć.
Gdybym nie miał Ciebie, zrobiłbym wszystko, żeby się zgnoić do końca,
tak, żeby już nigdy nie kochać, nigdy nie wierzyć i nigdy nie cierpieć.
Rozumiesz?”
~Marek Hłasko

19 grudnia, czwartek
Nie padało ‒ ani deszcz, ani śnieg ‒ a szkoda, ponieważ wtedy każdy miałby pretekst, żeby schronić się pod parasolem lub pochylić głowę i skryć ją pod kapturem, który nie przepuszczał wilgoci oraz ludzkich spojrzeń.
Cmentarz był zatłoczony, co rusz kątem oka dostrzegałam mężczyzn w policyjnych mundurach, tuż przy jasnej trumnie stało dwóch roślejszych facetów, dzierżących w ramionach wojewódzki sztandar. Wyglądało to imponująco.
Ciemna trumna otoczona została przez nauczycieli naszej szkoły. Tym razem sama mogłam odczytać listę obecności i zrobiłam to, w myślach ‒ wszyscy obecni, poza gościem honorowym; jego brak był namacalny.
W pogrzebowym pochodzie widziałam całą chmarę uczniów liceum. Większości twarzy nawet nie kojarzyłam z korytarzy. Z jednej strony uważałam za wzruszające, że tylu podopiecznych profesora Asumy przyszło się z nim pożegnać. Z drugiej… Niewieście policzki zalane łzami wyzwalały we mnie niechciane emocje.
Na pogrzebie mamy też nie padało, dlatego nie uroniłam na nim nawet łzy. Nie mogłam się nigdzie ukryć, więc zachowałam zewnętrzny spokój ‒ oczywiście tylko pozornie. W środku płonęłam bólem. Szlochałam bezgłośnie, czując, jak słona woda spływa po niewłaściwej stronie, jak parzy mi wnętrzności…
Teraz wszystko powróciło i ciężko było mi zapanować nad panującą wewnątrz organizmu burzą.
Wyciągnęłam z kieszeni komórkę, odblokowałam, jednak na wyświetlaczu nie zobaczyłam żadnej wiadomości czy nieodebranego połączenia.
Szlag by go…
‒ Nadal nic?
Odpowiedziałam Tenten nieznacznym ruchem głowy.
Wśród wielu twarzy od dobrych dwudziestu minut nie dostrzegałam tej najważniejszej. Matka Shikamaru siedziała wraz z Kurenai na krześle pomiędzy dwoma trumnami, obie miały mętne spojrzenia, zaszklone, ale puste ‒ znałam dobrze ten typ spojrzenia. Otumanione lekami, pieprzoną znieczulicą.
Po Shikamaru nie było śladu.
‒ Nie rozumiem, pogrzeb zaraz się zacznie. Dlaczego…
W istocie, pogrzeb miał zacząć się lada moment. Kapłan właśnie podszedł do pogrążonych w żałobie kobiet, pochylił się nad nimi i cicho coś powiedział. Niby pokiwały głowami, ale prawdopodobnie nie zarejestrowały żadnego z wypowiedzianych słów. Na szczęście profesor Kakashi stał nieopodal i szybko zareagował, po chwili znikając z księdzem za drzwiami zakrystii.
‒ No ale chyba przyjdzie, co? ‒ Wtrącił Kankuro. ‒ Rozmawiałaś z nim wczoraj, nie? Mówił coś?
‒ Trzymał się nieźle.
Nie widzieliśmy się wczoraj, ponieważ Shikamaru uznał, że potrzebuje jednego dnia tylko dla siebie ‒ od niedzieli starałam się nie opuszczać go na dłużej, niż było to absolutnie koniecznie; o wyjeździe wciąż nie wspomniałam. Mimo jego zapewnień, iż da sobie radę i tak zadzwoniłam przed snem. Przegadaliśmy ponad godzinę, co mocno nadwyrężyło mój abonament; mimo tego nie żałowałam.
‒ Cały czas czuję, jakbym śnił, wiesz? ‒ mówił. Oczami wyobraźni widziałam go leżącego na łóżku, ręką zakrywał zmęczoną twarz. Chciał spać, lecz nie potrafił zasnąć. ‒ Taki jeden, wielki koszmar. Kiedyś, jak byłem jeszcze w podstawówce, obudziłem się zapłakany w środku nocy. Poszedłem wtedy do rodziców, typowa beksa. Nie pamiętam już, co mi się wtedy śniło, ale pamiętam, że ojciec położył mi dłoń na czole, potem zjechał nią niżej i zamknął mi oczy. „Teraz będziesz śnił same dobre rzeczy”, powiedział wtedy. I wiesz co? Od tamtego czasu już nigdy nie miałem koszmarów. Kurwa, do teraz…
Rozrywało mnie od środka. Nie mogłam być z przy nim, objąć go, położyć mu dłoni na czole i uczynić gestu, który wykonał Shikaku. Żeby już nie śnił koszmarów.
Może jutro, kiedy zobaczę go w trumnie, zrozumiem, że to rzeczywistość ‒ wyszeptał do słuchawki. ‒ Może po tym będzie łatwiej. Czekam na to, Temari, czekam, aż będzie łatwiej.
I będzie ‒ skłamałam gładko. A przecież doskonale znałam prawdę ‒ będzie tylko gorzej, ponieważ w niedzielę zniknę i ja.
Mimo gorzkich słów, miałam wrażenie, że trzymał się nieźle. Równie dobrze mogłam to sobie wyobrazić, jednak nic, absolutnie nic nie wskazywało na tchórzostwo… Nie mógł tak po prostu stchórzyć i zostawić matkę z tym wszystkim samą.
Pogrzeb się zaczął. Shikamaru nie było na początku, w środku, na końcu. Nie przyszedł. Yoshino Nara sama zmierzyła się z korowodem kondolencji. Szczerze jej współczułam.
Kiedy przed nią stanęłam, nie zdążyłam wypowiedzieć nawet słowa.
‒ Och, Temari! ‒ Nie rozumiałam, dlaczego akurat przy mnie musiała wybuchnąć płaczem. Nie protestowałam, gdy zawiesiła mi się na szyi, nie miałam serca. Objęłam ją i czekałam, aż da upust emocjom, niepewnie otaczając jej wątłe ciało ramionami. Czułam, poprzez szloch, co próbowała mi powiedzieć w jękach: „Zostawił mnie samą”. I tylko ona jedna wiedziała, czy słowa mówiły o straconym mężu, czy synu, który ją zawiódł.
Wśród zebranych ludzi oprócz Shikamaru nie dostrzegłam jeszcze dwóch osób: Chouji’ego oraz Ino.
Zimna złość stopniowo zaczęła we mnie wzrastać.


‒ Wiedziałam, że tutaj cię znajdziemy.
Ino sprawnie wdrapała się do końca metalowej, prowadzącej na dach bloku drabiny. Przełożywszy nogę przez półmetrowy płotek zaczęła z wolna kierować się ku Shikamaru. Nieco za nią podążał zmęczony Chouji, dla którego wdrapanie się na sam szczyt było wiekopomnym wyczynem. Nie byli już dziećmi, stracili niekończącą się energię a zyskali kłopoty dorosłych. Kiedyś, jeszcze w podstawówce, we trójkę przychodzili tu bardzo często. Czasy, gdy mieszkali w tym samym bloku, mieszkanie obok mieszkania, były piękne.
Te czasy przeminęły.
Shikamaru nie zareagował na słowa dziewczyny. Leżał na betonie i obserwował płynące chmury. Zbłądził po drodze na cmentarz; nogi same poniosły go do miejsca, które niegdyś uważał za swoją ostoję.
‒ Jak tylko zauważyliśmy twoją nieobecność, domyśliliśmy się, gdzie poszedłeś. ‒ wysapał ciężko Chouji. Usiadł po prawicy przyjaciela, podczas gdy Ino zajęła miejsce z drugiej strony.
‒ Yoshino szukała cię wzrokiem, Temari też wydawała się zdezorientowana twoją nieobecnością ‒ dodała Ino.
‒ Szukała cię wzrokiem.
‒ Obie szukały. Wiesz… ‒ przerwała nagle dziewczyna, gdy Shikamaru usiadł. Nie powinni mu tego mówić, zapędzili się za daleko. Mieli go pocieszyć, a nie wpędzać w poczucie winy. ‒ Ale nie martw się…
‒ Nie zamierzałem tu przychodzić. Ubrałem się jak na pogrzeb, pożegnałem z mamą. Wyszedłem z domu trochę wcześniej… Chciałem się przejść przed tym całym żałobnym kabaretem. Nie wiem nawet kiedy skręciłem w niewłaściwą uliczkę… ‒ Z początku opanowały głos, zaczął mu drżeć. ‒ Krok za krokiem dotarłem pod blok. Miałem zawrócić, ale postanowiłem wejść na górę chociaż na chwilę. Pomyślałem, że widok z wysokości mnie uspokoi. A potem, tak po prostu, nie potrafiłem już zejść.
Dopiero przy ostatnich słowach pękł. Chcąc ukryć zaszklone oczy, zwiesił głowę. Nerwowo masował kark ręką. Wstydził się swojego postępowania nawet przed przyjaciółmi z dzieciństwa. A może szczególnie przed nimi? Sam traktował państwa Yamanaka i Akimichi jak rodzinę, dobrych wujków albo rodziców chrzestnych. Domyślał się, że Chouji z Ino muszą również przeżywać śmierć Shikaku. A on zachował się tak egoistycznie i uciekł. Zwiał jak ostatni tchórz! Był zwykłym smarkaczem, nie mężczyzną.
Dwie pary ramion otoczyły szczelnie jego ciało ‒ jedna para delikatna, druga silna.
‒ Już dobrze ‒ powiedział Chouji. Shikamaru z pewnego rodzaju ulgą zauważył, że on także płakał. ‒ Przyjaciele nie są od osądzania. Przyjaciele są od pocieszania i wspierania.
‒ Doskonale cię rozumiemy. ‒ Ino nawet nie próbowała ukryć łez. Mówiła przez zasmarkany nos wprost do ucha Nary. ‒ Sami byliśmy zadowoleni, ponieważ mogliśmy uciec z pogrzebu pod pretekstem szukania ciebie. Ojciec mnie chyba zabije!
‒ A mnie matka! Ostatnio, jak ją wkurzyłem, to nie dostałem deseru!
Przez kolejne minuty na dachu bloku słychać było szlochy wymieszane ze śmiechem. Przerwał to Chouji, który nagle przypomniał sobie o swoim plecaku. Nie minęła chwila i wyciągnął z niego trzy butelki oranżady.
‒ Pomyślałem, że wypijemy na stypie ‒ powiedział, rozdając po jednej butelce. ‒ Jako brzdące opijaliśmy się nimi do bólu brzucha. Chciałem poprawić ci tym trochę humor. No wiesz, dla mnie jedzenie i picie są najlepszym pocieszeniem!
Znów zabrzmiał potrójny śmiech.
‒ O właśnie! ‒ krzyknęła Ino. Dopiero teraz wypuściła Shikamaru ze swojego uścisku, co sam zainteresowany przyjął z lekką ulgą. ‒ Zgraliśmy się, Chouji, bo ja też coś mam w mojej magicznej torebce.
Shikamaru nie zdziwił się, widząc w torebce Ino półlitrowa butelkę whisky. Jeszcze kiedy byli parą, nieraz upijali się we trójkę tym trunkiem. Nagle dotarła do niego powaga całej sytuacji. Właśnie miał zamiar zapijać smutki ze swoją eks dziewczyną, podczas gdy obecna czekała na pogrzebie jego ojca.
Musiał to jakoś przerwać. Naprawić.
‒ Ino…
‒ Cicho, milcz! ‒ odparła ostro. ‒ Wiem, co sobie myślisz i od razu mówię, że nie mam żadnych brudnych myśli! Popełniłam błąd i teraz za niego płacę, już zaakceptowała twój związek z Temari, okej? W tej chwili nie jestem twoją eks. Jestem twoją przyjaciółką z dzieciństwa, twoją jedyną przyjaciółką, a tam o ‒ mówiła, wskazując butelką oranżady na Chouji’ego ‒ siedzi twój jedyny przyjaciel. I czy tego chcesz, czy nie, obalisz z nami tę whisky. A wiesz czemu?
‒ To zły pomysł, powinienem wracać do matki, wspierać ją…
‒ Napijesz się z nami, ponieważ z nikim innym nie powspominasz tego, jakim wspaniałym człowiekiem był twój ojciec, bo tylko nas dwoje zna go dokładnie od tej samej strony, co ty. Wiemy, jakim był ojcem, bo bawiąc się z tobą, często bawił się z nami. Rozumiemy cię, Shikamaru.
‒ I wiemy, że potrzebujesz ostatniego dnia rozpaczy ‒ dodał Chouji. ‒ Yoshino zrozumie.
Yoshino zrozumie ‒ powtarzając w myślach słowa przyjaciela, przejął od Ino butelkę z whisky.


Nie przyszedł.
Ta lafirynda też nie przyszła. Jeśli byli razem, to uduszę obojga!
Dureń, zostawił matkę samą. Nieodpowiedzialny gnojek. Jak mógł?
Zabiję, jak tylko spotkam!
Jasna cholera! Dlaczego ja w ogóle pakuję to pieprzone jedzenie, do tych pieprzonych pudełek?
Myśli przemykały mi gorączkowo przez głowę zataczając kółka. Powiedzieć, że byłam wściekła, to wielkie niedopowiedzenie. Ja najnormalniej w świecie byłam wkurwiona i zamierzałam sprawić, żeby Shikamaru się o tym dowiedział. Tak, dlatego właśnie chowałam pozostałości jedzenia ze stypy do lodówki Yoshino Nara, w domu rodziny Nara, z którego w skutek ostatnich wydarzeń uleciało ciepło przytulnego gniazdka. Musiałam mieć pretekst, ponieważ chciałam spotkać Shikamaru ‒ byle nie wyglądało, jakbym celowo na niego czekała. Zachowanie własnego honoru było absolutnym priorytetem.
‒ Temari. ‒ Podniosłam wzrok na stojącą w progu kuchni Yoshino. Momentalnie złagodniałam; patrząc na jej bladą twarz, nienaturalnie podkrążone oczy i pustkę w spojrzeniu, nie potrafiłam odczuwać niczego innego, niż smutku oraz zaniepokojenia. Było mi przykro, bo została z tym całym syfem sama. ‒ Kochanie, myślę, że powinnaś już iść. Nie mogę cię tak wykorzystywać, zrobiłaś wystarczająco dużo.
Uśmiechnęła się blado, jednym kącikiem ust, jednak ciemne tęczówki zostały niewzruszone.
„Kochanie”‒ i pomyśleć, że jeszcze do niedawna mnie nie znosiła.
‒ Nie zostawię pani samej w takim stanie ‒ odpowiedziałam. Do plastikowego pudełka przełożyłam przekąski na zimno i zamknęłam wieczko.
‒ Czuję się na prawdę w porządku. Mam zamiar iść spać, więc naprawdę możesz pójść do domu. Jestem ci bardzo wdzięczna za pomoc, ale…
Prychnęłam głośno, zanim jej przerwałam:
‒ W porządku? ‒ Posłałam matce Shikamaru surowe spojrzenie. ‒ Z całym szacunkiem, potrafię rozpoznać, gdy ktoś zaczyna rozmyślać nad własną śmiercią.
Yoshino się wzdrygnęła i wyraźnie przestraszyła, bo szybko spuściła wzrok i usiadła na krześle przy stole kuchennym. Następnie oburzyła się, tak pro forma, ponieważ doskonale wiedziała, że mam rację. Z resztą kto normalny przyznałby się do myśli samobójczych przed praktycznie obcą osobą?
W całym toku bzdur, które wypowiadała pod nosem, usłyszałam zdanie, obok jakiego nie mogłam przejść obojętnie: Co ty możesz wiedzieć…
‒ Ale wiem dużo! ‒ powiedziałam stanowczo za głośno. Nie zrobiłam tego celowo, po prostu emocje chwilowo przejęły nade mną kontrolę do tego stopnia, że stłukłam brudny talerz; nawet się nie spostrzegła, a wylądował w zlewie.
Oparłam się o blat i odchyliłam głowę, głęboko oddychając. Musiałam się uspokoić, inaczej nie byłabym w stanie wytrzymać w tym domu ani minuty dłużej. Prawdopodobnie powinnam po prostu odejść i każda inna osoba na moim miejscu tak by postąpiła. Lecz nie potrafiłam ‒ nie mając przed oczami wyraz twarzy tej kobiety, który był niemal identyczny z tym, jaki widywałam dzień w dzień u mojej matki.
‒ Nie wiesz, dziecko ‒ wznowiła Yoshino. Żeby zająć czymś ręce, nalałam wody do czajnika i zaczęłam przygotowywać herbatę. Nie potrafiłam na nią spojrzeć; nie teraz, kiedy gotowałam się ze złości, a stare rany zaczynały się jątrzyć. ‒ Nic nie wiesz, ponieważ nie straciłaś ukochanej osoby z dnia na dzień. Ponieważ nie zawalił ci się cały świat. Nie musisz zmierzyć się z utrzymaniem rodziny za marną rentę po mężu. Nigdy nie pracowałam… Nie musiałam, bo Shikaku troszczył się o wszystkie pieniężne sprawy. Ja tylko gotowałam, wychowywałam Shikamaru, zajmowałam się domem. Nawet nie potrafię robić nic innego… Więc nie wiesz, zupełnie nie wiesz o czym mówisz, dziewczyno. Dlatego nie pouczaj mnie i po prostu się wynoś.
Podniosła głos przy ostatnim zdaniu.
Milczałam, zaciskając zęby, czekając aż wstawiona woda w końcu osiągnie temperaturę wrzenia. Nie odzywaj się ‒ musiałam powtarzać w myślach. Po prostu to wytrzymaj.
Woda się zagotowała i zalałam ziołową herbatę; ręka mi się trzęsła, przelałam kubek, ale przynajmniej utrzymałam emocje na wodzy.
Wtedy usłyszałam charakterystyczny odgłos otwieranych drzwi. Korzystając z okazji szybko postawiłam herbatę na stole przed panią Nara i pochylona przy niej, przyciszonym głosem powiedziałam:
‒ Moja mama popełniła samobójstwo i naprawdę nie chciałabym, żeby Shikamaru przez pani egoizm musiał przechodzić przez jeszcze większe cierpienie. Proszę… proszę po prostu o nim pamiętać.
Nie zobaczyłam wyrazu twarzy Yoshino na usłyszane słowa, ponieważ wyszłam do salonu, następnie przedpokoju i skierowałam się do wyjścia. Spodziewałam się spotkać Shikamaru; plan polegał na tym, żeby go minąć bez słowa i w ten sposób dosadnie okazać złość.
Plan jednak uległ zmianie, kiedy przed drzwiami zobaczyłam Ino.
Stanęłam jak wbita w podłogę. Yamanaka wyglądała pięknie w czarnej sukience i płaszczu, zaczerwienionymi policzkami i roześmianymi oczami. No i alkohol ‒ wyczułam go niemal natychmiast, jeszcze zanim do domu weszli również Chouji z Shikamaru.
Mój chłopak powitał mnie pijanym spojrzeniem oraz zdziwionym wyrazem twarzy.
‒ Temari ‒ zaczął bełkotliwie. Później odchrząknął i mówił już bardziej opanowanym głosem. ‒ Ja… Ja wiem, co sobie myślisz…
‒ Nie masz pojęcia co myślę ‒ odparłam jak z procy; szybko, ostro i celnie.
‒ I wiem co zaraz powiesz…
‒ Nic nie powiem. Po prostu wyjdę.
Mówił coś jeszcze, jednak nie potrafił zapanować nad językiem wystarczająco dobrze, żeby wyszły z tego konkretne zdania i sensowne wypowiedzi. A ja nie starałam się rozszyfrować zakodowanych w alkoholu przeprosin; jedynie ubrałam się do wyjścia i uciekłam.
A może to i lepiej? ‒ rozmyślałam przemierzając pogrążone w półmroku miasto. Jeśli będę na niego wściekła, wtedy łatwiej będzie mi odejść...


Sakura stała przed starymi dębowymi drzwiami, zbierając w sobie siłę, aby w nie w końcu zapukać. Stresowała się jak nigdy przed rozmową z nim. Ale miała powód. Od wyniku tej konwersacji zależała przyszłość nie tylko jej, a co najmniej kilku osób. Nienawidziła ciążącej na niej presji i jak najszybciej pragnęła się jej pozbyć, wykonując zlecone zadanie.
        Zaczerpnęła w płuca porządny haust powietrza, następnie wypuszczając je z ulgą; czuła się lepiej. Zacisnęła mocniej dłonie na blaszanym pudełku. Niedbałym gestem odgarnęła niesforny różowy kosmyk, delikatnie opadający jej na oczy, drażniąc.
Zapukała; najpierw cicho raz, potem kolejny już śmielszy, aż walnęła w drewnianą zaporę, że kłykcie ją zabolały. Po chwili drzwi otworzyły się, a w wejściu stanął chłopak z rozczochraną blond czupryną. Co zaskoczyło Haruno, to wygląd kolegi – białe slipki w różyczki i pomarańczowa, wymięta koszulka. Gdy dodało się do tego jeszcze zaróżowione policzki, wniosek wysnuwał się sam: Naruto dopiero co został wyrwany ze snu.
‒ Sakura? – zaczął skonsternowany, śmiesznie mrużąc przy tym oczy. – C-co ty tu robisz?
        Dziewczyna uśmiechnęła się promiennie widząc nierozgarnięcie kumpla. Stres, jak za pociągnięciem magicznej różdżki, zniknął wraz z jego słowami.
‒ Sprzedaję ciasteczka, głupku – zironizowała, wsuwając się miedzy Naruto, a framugę drzwi, nie czekając nawet na zaproszenie z jego strony. Tuż przy drzwiach zsunęła baleriny.
        Uzumaki zatrzaskując wrota, skierował się do kuchni mijając przyjaciółkę.
‒ Herbatę? – zawołał już z drugiego pomieszczenia.
‒ Tak!
‒ Czarną sypaną, czy czarną z torebki? – krzyknął ponownie, jednak tym razem Sakura opowiedziała mu już zasiadając do stołu.
‒ Malinową – odparła z uśmiechem dziewczyna, podciągając nogi na krzesło i obejmując je ramionami.
‒ Czyli czarna z torebki, świetny wybór! – Zaśmiał się, uradowany niezmiennością ich przyjaźni.
        Chwytając z kuchenki czajnik odwrócił się w stronę umywalki i napełnił naczynie wodą.  Wyraźnie czuł na sobie wzrok Sakury, którego ostatnio mu tak brakowało. Tęsknił za nią prawie tak samo, jak za Sasuke, a przecież ona nigdzie nie uciekła, była na wyciągnięcie ręki w każdym niemal momencie; na telefon, na wiadomość, na dzwonek do drzwi. Dlaczego więc czuł się tak stęskniony, dlaczego zaniedbał jedyną przyjaciółkę? Przez miłość. Jednak teraz miało się to zmienić i właściwie do końca nie wiedział, czy mu się to podobało.
        Nastawił czajnik i odwrócił się w stronę szafki będącej po lewej stronie. Przykucnął przy niej, otwierając i wyciągając ze środka szklaną buteleczkę ze słodkim syropem malinowym. Z uśmiechem wstał i podchodząc do stołu, postawił zdobycz na blacie obok blaszanego pudełka dziewczyny.
‒ Twoja malinowa – mruknął zaczepnie.
Sakura zaśmiała się dźwięcznie, tak, jak tylko ona potrafiła.
‒ Wiedziałam, że coś wymyślisz. – Sięgnęła po srebrne pudełko i otworzyła wieczko, z dumą pokazując zawartość przyjacielowi. – Ciasteczka, częstuj się ‒ sama robiłam.
        Naruto nie potrzebował więcej zachęty; widząc pyszności, rzucił się na nie. Złapał w dłonie trzy ciasteczka w kształcie gwiazdek na raz, z czego dwa od razu władował sobie do buzi.
‒ Pychne! – wymlaskał podczas przeżuwania, zanim przełknął. – Obiadu bym od ciebie nie tknął, ale te ciasteczka są świet.. – przerwał, natychmiast reagując na gwizdek czajnika.
Sakura nawet nie zdążyła zauważyć, kiedy Naruto chwycił materiałową rękawicę, a już stawiał na stole dwa kubki. Jego refleks i zwinność zawsze ją zadziwiała.
‒ Co niby miałeś na myśli z tym obiadem, co? – wysyczała, biorąc w rękę gorący kubek, jednak groźba poprzez śmiech niewiele zdziałała na Uzumakim.
‒ Jak to co! Przecież sama się kiedyś przyznałaś, że kiepska z ciebie kucharka. – Zaśmiał się, upijając łyk gorzkiej herbaty, który zagryzł maślanym ciastkiem.
Haruno spojrzała na niego buńczucznie.
‒ No może – przyznała. – Ale spaghetti wychodzi mi dobrze!
        Naruto niemal nie zakrztusił się okruszkami.
‒ No chyba sobie żartujesz! – Odchrząknął. – A pamiętasz, jaką papkę zrobiłaś u Ino? To była zupa, a nie spaghetti!
– To był jeden jedyny raz! – broniła się zażarcie, odstawiając kubek bezpiecznie na stół; wszelkie próby poważnego zachowania kończyły się salwą śmiechu.
‒ Wcale nie! Ostatnio u Hinaty było to samo, nie wiem w ogóle czemu pozwoliliśmy ci się tym zająć.
‒ Ono było dobre! – krzyknęła podbuzowana.
‒ Dobre? – zakpił, osuwając się na oparcie krzesła. – Sama przeczesz go ne…  ‒ Jego głos został stłumiony przez rękę Haruno, jak i jej wesoły śmiech oraz błagania, by przestał. Uścisk na ustach chłopaka po chwili zelżał, a Sakura opadła bezradnie na swoje krzesło.
        Przez chwilę wpatrywali się w siebie z roziskrzonymi oczami i uśmiechami.
‒ Tęskniłam za tym – mruknęła cicho Haruno.
‒ Ja też – odparł bez wahania chłopak. Zaraz po tym jego wzrok nagle się zmienił z ciepłego i uczynnego, w cholernie poważny. – Ale nie po to tu przyszłaś, żeby wspominać, nie?
        Sakura spuściła wzrok nagle znowu odczuwając ten przeszywający stres.
A więc od razu się domyśliłeś, co? ‒ pomyślała ze smutkiem.
Nie chciała go oszukiwać i podchodzić ciastkami. Po prostu nie miała pojęcia w jaki inny sposób mogłaby łagodnie zacząć ten temat. Z drugiej strony, droga, którą wybrała, w chwili obecnej wydała jej się brutalna i niegodna potraktowania przyjaciela. Bo jak teraz ‒ po przywróceniu do serca kilku z najwspanialszych z ich wspólnych chwil – ma go poprosić, by nie wyjeżdżał w sobotę z nimi?
‒ Pomyśl o Hinacie – szepnęła, niepewnie podnosząc na niego swój wzrok. – Tak długo o ciebie walczyła, a ty teraz tak po prostu ją zostawisz?
        Lustrowała jego wytrenowaną postawę. Stalowe spojrzenie i zacięty wyraz twarzy, zaciśnięte usta i pojedyncza zmarszczka na czole. Sakura wiedziała, że to wszystko było sztuczne, a tak naprawdę w sercu chłopaka właśnie rozpętała się trzecia wojna światowa, w której krajem zniewolonym było Szczęście.
‒ Nigdy nie byłeś dobrym aktorem, Naruto – zauważyła, na co Uzumaki nawet nie drgnął.
Skoro chcesz ciągnąć tę farsę – proszę bardzo.
‒ Jesteś żałosny. Prawdziwy facet nie zostawiłby kobiety, którą kocha tylko i wyłącznie ze względu na przyjaciół. – Nadal milczał. – Cholera, Naruto! My sobie poradzimy, ale ona nie. Przecież znasz Hinatę, ona się załamię. Czy naprawdę – przerwała na moment, by pozbierać myśli – czy  naprawdę chcesz ją zniszczyć?
        Drgnął, spuszczając głowę. Ostatnie słowa Sakury trafiły w jego najczulszy punkt: troskę. Oczywiście, że nie chciał jej zniszczyć! Ale jego odejście było jedyną dobrą opcją – jedyną dla niego. I nagle dotarło do niego, jak samolubną osobą się stał.
‒ Cholera – zaklął, uderzając pięścią w stół; wylał herbatę. Gryzł się sam z sobą, ponownie mając w głowie mętlik.
        Haruno wstała od stołu, przystanęła dopiero w przejściu między kuchnią a przedpokojem. Z bólem lustrowała obraz załamanego przyjaciela, którego jednak nie mogła pocieszyć. Musiała jeszcze bardziej zdołować Naruto i wrzucić go w otchłań wątpliwości, jak pierwotnie zakładał plan – aby w końcu podjął właściwą decyzję.
‒ Wyjeżdżając z nami będziesz miał do siebie żal do końca życia – rzekła patetycznie. – Czy naprawdę tego chcesz?
        Ostatnie słowa Sakury jeszcze długo po jej wyjściu wisiały w powietrzu, krążąc nieustannie po kuchni i wwiercając się w umysł chłopaka.
Na stole stały dwa kubki prawie nietkniętej herbaty, syrop malinowy i pudełko ciastek. Kuchenna lampa oświetlała pomieszczenie słabym żółtawym światłem, zza okna biła ciemność. Na starym krześle siedział młody człowiek, który mimo bijącego serca, był martwy.
To jego miłość – została zamordowana z premedytacją.


To nie pierwsza noc, jaką spędzał bezsennie.
Pełnia. Jasne promienie księżycowej łuny wpadały przez żeliwne kraty do celi. Nie ocieplało to jej – przeciwnie, blask nowiu uwydatniał wszystkie cienie. Mary, które za dnia każdy więzień trzymał w sobie. Nie od dziś wiadomo, że właśnie nocą rozum ludzki uwielbiał rozdrapywać stare rany. A niechciane myśli powracały.
Itachi siedział na swojej pryczy, księżyc oświetlał jedynie połowę jego twarzy i prawą nogę. Co rusz przecierał zmęczone oczy dłońmi. Tak, pragnął snu, ale ten nie przychodził od dobrych kilku dni. Miał dość, wyczerpanie coraz mocniej dawało o sobie znać, nie mógł jednak na to nic poradzić. Chociaż próbował. O, i to jak! Co wieczór kładł głowę na wysłużonej poduszce w nadziei „bo może dziś uda się zasnąć”. Mimo tego sen nie nadchodził, a to wyjątkowo wkurzało jego współlokatora.
Kisame – chorobliwie blady, niemal niebieski, mężczyzna o poranionej szramami twarzy. Od początku się nie dogadywali; pech chciał, że zostali skazani na swoje towarzystwo. Pierwsze miesiące były trudne, zważywszy na rozbieżność charakterów. O ile Kisame tryskał niespożytą energią i odznaczał się bojowym nastawiem do zaczepek innych więźniów, tak Itachi emanował spokojem, wręcz wyrachowaniem, i wszystkie docinki zbywał milczeniem. Niby nic, ale ten zgrzyt utkwił między nimi jak zardzewiała śruba w mechanizmie koła zębatego. I zgrzyt zgrzyt zgrzytał częściej, niż ktokolwiek mógłby się tego spodziewać.
Bezsenność Itachiego była najczęstszym powodem ich bójek. Kisame zaczynał, rozzłoszczony „tym twoim łażeniem po celi”, Uchiha milczał, tamten się denerwował i tak to szło… Każda sprzeczka kończyła się rabanem w środku nocy, interwencją straży i izolatką dla jednego z nich.
Dziś Itachi mógł odetchnąć ze spokojem. Prycza po drugiej stronie celi była pusta, a zawdzięczał to niezagojonej śliwie pod okiem, którą zarobił przedwczoraj. Tym razem padło na Kisame, żeby odbyć karę. Tak więc bez skrupułów mógł chodzić po celi i hałasować, nikt nie zwracał  na niego uwagi.
Podświetlił elektroniczny zegarek na przegubie i sprawdził godzinę – trzecia trzy. Podobno, gdy trafiało się na zestawienie tych samych liczb, oznaczało to, że ktoś o tobie myślał. Itachi nie mógł sobie wyobrazić, żeby ktokolwiek o nim myślał… nawet jego brat. Chociaż on myślał o nim nieustannie. Cokolwiek nie robił, gdzieś z tyłu głowy miał Sasuke. Nawet teraz, patrząc na ten durny zegarek, widział przed oczami twarz młodszego brata. Czarny pasek z gumy i podrapany obrazek Pikachu oraz napis Pokemon. Pamiętał dzień, w którym dostał go od Sasuke – wtedy był jeszcze młody i nieświadomy tego, co zrobił jego kochany starszy brat. Niewinnie powiedział:
To dla ciebie. Żebyś mógł odliczać czas do powrotu, tam, gdzie cię zabierają.
Nie zdawał sobie sprawy, że wypowiadał słowa pożegnania.
Kroki. Dwóch ludzi, stwierdził. Naraz się ożywił – w końcu nie często strażnicy robili obchód w środku nocy. Wyjątek stanowiły dni, kiedy Kisame coś odwalił. Ale przecież go nie było, w celach cisza jak makiem zasiał.
Mężczyźni zatrzymali się przy jego celi. Podniósł na nich wzrok i zdziwił się, widząc za kratami współlokatora. Uśmiechał się zadziornie, szczerzył wypolerowane zęby. Stał tuż przed nim, chociaż według wszelkich informacji, jakie posiadał Itachi, miał wyjść z izolatki dopiero za dwa dni.
Strażnik otworzył celę.
– Robimy zamianę, Uchiha. Ruszaj się – rozkazał.
– No no no no no! Dawaj, cipko, dawaj, teraz ty będziesz się męczył w tej pieprzonej ciemności – rechotał Kisame, wyraźnie zadowolony z obrotu spraw. – Może w klitce uda ci się zasnąć, pojebie. A przynajmniej nie będziesz nikogo wkurwiał dylaniem w ta i we w ta.
Itachi skrzywił się i rzucił pytające spojrzenie umundurowanemu mężczyźnie. Kto jak kto, ale funkcjonariusze darzyli go względnym szacunkiem. A przynajmniej w stopniu wystarczającym, by lubili go bardziej od Kisame.
– Robił raban, nie mogliśmy go uspokoić – wyjaśnił strażnik. – Obiecał, że jak was zamienimy, to już będzie cicho.
Przez chwilę, dosłownie moment, patrzył na Itachiego niemal przepraszająco.
– Więc ruszaj dupę, Uchiha, bo inaczej ci ją przetrzepię, a potem wrzucę cię do celi z pedziami. Jasne?!
Nie musiał mu dwa razy powtarzać. Itachi posłusznie zgramolił się z pryczy i stanął przy wyjściu, żeby założono mu kajdanki. Nie robił problemów, ponieważ nie potrzebował narobić sobie wrogów. Już pierwszego dnia w więzieniu postawił przed sobą cel: wyjść wcześniej za dobre sprawowanie. Kisame niestety pokrzyżował mu nieco plany.
Ale już niedługo. Trzy lata – tyle zostało do dnia, gdy będzie mógł złożyć pierwsze oficjalne pismo o przedwczesne zwolnienie.
Wyszli na korytarz. Słyszał jeszcze, jak współwięzień krzyknął kilka obraźliwych słów w jego stronę, szybko jednak się uspokoił. Ponieważ tak obiecał.
Kierowali się dobrze mu znaną trasą; dwa razy w lewo, w dół po schodach i w prawo. Standardowe dziesięć minut marszu i stanęli przed drzwiami ze stali, zamykanymi na zasuwę i kłódkę z kodem. Osobiście sądził, że aż takie zabezpieczenie nie było konieczne – od środka drzwi były gładkie, nie dało rady ich w żaden sposób podważyć, więc równie dobrze mogły zamykać się tylko na klucz. Więźniowie nie mieli szans na ucieczkę.
– Itachi – zaczął strażnik. Znał go dobrze, na imię mu było Kotetsu. Był poczciwy, pracował w wiezieniu od trzech lat. Całkiem nieźle się dogadywali, kiedy nikt nie słuchał ich rozmowy. – Chciałem, żebyś wiedział, że uważam cię za porządnego faceta. Pamiętaj o tym, dobra?
Te słowa skołowały Itachiego. Zebrało mu się na ckliwe wyznania o trzeciej nad ranem? Coś tu nie grało, lecz nie miał czasu się nad tym zastanowić. Kotetsu zdjął mu kajdanki i pchnął lekko w stronę izolatki.
– No wchodźżeż już – ponaglił go. Więc wszedł i wrota zamknęły się za nim z głośnym kliknięciem.
Wtedy światło w izolatce się zapaliło. Po raz pierwszy, spośród prawie stu razy, kiedy w niej siedział.
– Itachi! – Usłyszał znajomy głos. Zaraz potem zobaczył parszywą mordę Hidana. – Tęskniłeś?


Obudziła go dręcząca suchość w gardle. Zaspany, chwiejnym krokiem przeszedł korytarzem, w dół po schodach i przez salon aż do kuchni. W niej nalał do szklanki wody z kranu i wypił ją z ulgą.
Nie powinien był pić tyle whisky. Nie dziś, nie w tak ważny i smutny dzień jego życia. Kac moralny zaczynał dokuczać mu dotkliwie, wwiercając się w głowę. Powodowało to gorszy jej ból, niż opary alkoholu.
Może stało się to przez wyrzuty sumienia z powodu pogrzebu, a może podświadomie chciał znaleźć się w miejscu, gdzie jeszcze do niedawna jego ojciec spędzał wiele godzin…
Shikamaru ostrożnie otworzył drzwi gabinetu Shikaku. W pomieszczeniu unosił się stęchły zapach zleżałych papierów, niewywietrzonego dymu papierosowego oraz najzwyczajniejszej duchoty ‒ nikt tu nie wietrzył, nikt nawet nie odważył się tu wcześniej wejść. Gdy zapalił światło, wcale nie zdziwił go widok zawalonej aktami spraw podłogi, biurka i parapetu. Jego ojciec nigdy nie przywiązywał wagi do porządku, uważał nawet, że lepiej pracowało mu się w bałaganie. Tylko matka zawsze narzekała, że mógłby ogarnąć ten syf, bo w końcu coś zgubi i dopiero będzie miał… Ale nigdy nic nie zgubił i jakimś cudem doskonale wiedział, w której stercie makulatury leży to, czego aktualnie potrzebował.
Przekroczył próg i z wolna podszedł do biurka. Czuł się nieswojo zasiadając w obrotowym, obitym skórą fotelu ojca ‒ tu wyjątkowo dało się wyczuć jego zapach ‒ jednak postanowił zignorować dręczące uczucie. Jako dzieciak uwielbiał przesiadywać w gabinecie taty, uważał to miejsce za niezwykłe, tajemnicze. Te wszystkie kartki dokoła niego… fascynowały go. Co się na nich kryło? Jakie przestępstwa i ludzkie historie? Lubił spekulować na ten temat w samotności, nie tylko jako brzdąc. Prawdopodobnie dlatego w okresie dorastania nałogowo czytał kryminały i horrory.
Na biurku leżało zaczęte opakowanie Malboro Gold. Shikamaru sięgnął po paczkę i wyciągnął z niej jednego papierosa. Przez jakiś czas obracał go między palcami. Nie lubił tej marki, wolał Westy, ponieważ były słabsze. „Kiedyś do nich dorośniesz, synu” zwykł mawiać Shikaku za każdym razem, gdy młody chłopak krzywił się na widok jego papierosów. Czy to jest ten moment? – zastanawiał się. – Czy już dorosłem do tych twoich pieprzonych goldów?
Myśl ta była gorzka i wyraźnie czuł jej cierpkość w przełyku i na języku, kiedy po odpaleniu, zaciągnął się pierwszą dawką dymu. Zakrztusił się, a jakże, nie był przyzwyczajony do tak wysokiej dawki tytoniu na raz. W dodatku dziś wypalił rekordową liczbę fajek, więc miał wrażenie, że w żyłach zamiast krwi krąży mu whisky z tytoniem. Nie było to dobre dla jego organizmu i doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że gdy już emocje opadną i zacznie radzić sobie z życiem sam, będzie musiał przejść na mały odwyk. Nie żeby chciał rzucać; po prostu musiał wrócić do standardu, który prezentował jeszcze niespełna tydzień temu.
Powoli wypalał papierosa, kiepując do postawionej na jakiś aktach popielniczki. Mimowolnie wyciągnął drugą rękę po leżące pierwsze z brzegu papiery i zaczął je czytać. Ot, żeby zając czymś umysł, oczy, ciało… Nie przywiązywał szczególnej uwagi do czytanej treści. Po przeczytaniu całej pierwszej strony, zorientował się, że były to odręczne notatki Shikaku. Pisał o jakimś morderstwie sprzed dobrych dziesięciu lat. Shikamaru kojarzył tę sprawę, chociaż nie mógł zidentyfikować go z konkretnymi osobami. Ojciec wiele razy opowiadał mu o prowadzonych dochodzeniach, najczęściej w postaci luźnych opowiastek, jednak przeważnie unikał podawania nazwisk. Mimo wszystko został wyszkolony na służbistę, który przestrzegał wyznaczonych granic.
Na trzeciej stronie znajdowała się tak zwana mapa myśli. Shikamaru sam nie był zwolennikiem takiej metody nauki, czy rozwiązywania zagadek, ale wiedział, że Shikaku używał jej nagminnie. Uważał, że w ten sposób przelewa na papier to, co dzieje się w jego głowie. Że połączone z faktami i niewiadomymi linie tworzą sieć, po której wspina się wprost do rozwiązania sprawy. Że odzwierciedla to bezpośrednio stan jego umysłu.
Patrząc na mapę myśli taty, Shikamaru nie potrafił rozgryźć jego rozumowania. Zbyt wiele połączeń. Kilka słów i zapisków było skreślonych, inne zakreślone w kółka. Jednak nawet debil dostrzegłby dwie rzeczy, które odznaczały się w całej bazgralinie na kartce – nazwisko: Itachi Uchiha oraz słowo klucz: NIEWINNY poprawione i zakreślone czarnym, grubym markerem.
Shikamaru wypuścił papierosa spomiędzy palców do popielniczki.
Doskonale wiedział, że Shikaku prowadził sprawę brata Sasuke. Od początku służby w konoszańskiej policji przyjaźnił się z ich ojcem, Fugaku Uchiha, dlatego gdy on i jego małżonka zostali zamordowani, jako pierwszy z funkcjonariuszy stawił się na miejscu zbrodni. Długo ubiegał się u przełożonego o dowództwo w prowadzonym śledztwie. Gdy wyszło na jaw, że to syn zamordował rodziców, osobiście aresztował Itachiego. Shikamaru do dziś pamiętał wyraz twarzy Shikaku, gdy wrócił do domu po zamknięciu młodego Uchiha – zmęczona, zawiedziona i zmartwiona. Dopiero niespełna rok temu tak naprawdę zrozumiał, co w tamtym czasie wyrażała ta mimika. Gdy pewnego letniego wieczoru pił piwo z tatą na tarasie grając w shougi, ojciec w stanie upojenia wyznał mu:
Wiesz, Shikamaru, w swojej karierze rozwiązałem wiele spraw, złapałem i zapuszkowałem wielu kryminalistów, i jestem pewien, że gdybym kiedyś dobrowolnie, bez broni i ochrony, wszedł do zakładu karnego, ci zwyrodnialcy zabiliby mnie w akcie zemsty bez mrugnięcia okiem. Jestem chyba najbardziej znienawidzonym gliniarzem w mieście, ich postrachem. I w ciągu tych wszystkich lat służby, tylko raz, zakładając kajdanki na przeguby przestępcy, miałem wrażenie, że robię to niesłusznie, a w głowie błąkała mi się myśl, że ten człowiek jest niewinny. Wiesz o kim mówię? – Shikamaru zaprzeczył wówczas krótkim ruchem głowy. – O Itachim. O tym dobrym chłopaku Uchiha, który zrobił coś tak okropnego…
Shikamaru pamiętał ten dzień doskonale, ponieważ wtedy Shikaku postawił na stole mocniejszy trunek i pierwszy raz widział go aż tak pijanego. To prawda, że wiele osób nie potrafiło uwierzyć w przestępstwo Itachiego, jednak dowody mówiły same za siebie, a on nigdy nie wyparł się zarzucanej mu zbrodni. Shikamaru nigdy nie spodziewał się, iż Shikaku nie przestał drążyć tematu i pracował nad rozwiązaniem zagadki, która wydawała się być rozwiązana.
Na kolejnych stronach Shikamaru znalazł rozszyfrowane myśli ojca, przejrzyste i ułożone, zupełnie jakby robił rękopis raportu dla dowództwa, a nie luźne notatki. A może tak właśnie było? – pomyślał wstrząśnięty. – Może miał zamiar iść z tym do dowództwa?
– Przecież ostatnimi miesiącami mówił, że pracował nad ważną sprawą – wypowiedział na głos swoje myśli, cicho, tylko do siebie. – A na dzień przed śmiercią…
...mówił, że ją rozwiązał.
Szybko przekartkował raport do końca, gdzie na dole strony zobaczył podpis ojca oraz datę: 12 grudzień 2013 rok.*


Pierwszym, co zauważył po pozbyciu się pierwszego szoku, było drewniane krzesło na środku pokoju, złożona lina tuż przy nim i metalowy hak zamontowany na suficie. Nie miał pojęcia, że strop pomieszczenia sięgał tak wysoko, ciemność zwykle maskowała wszystko. Jednak jednego był pewny – ten hak nie zawisł tu bez powodu i mógł się założyć o zegarek Sasuke, że jeszcze wczoraj go tu nie było.
– Usiądziesz? – spytał Hidan wyraźnie z siebie zadowolony; z udawaną nonszalancją zamachnął się ręką. Od zawsze lubił gierki. – Popatrz, specjalnie dla ciebie przyniosłem krzesło.
Itachi milczał.
– Siadaj na dupę! – spróbował ostrzej.
Wciąż milczał.
– A srał cię pies, skurwysynie. – Machnął niedbale ręką i sam usiadł na rzeczonym krześle. – Chciałem być miły, ale widzę, że nic, kurwa, się nie zmieniłeś.
Westchnął z udawanym zawodem.
Itachi nie dał się nabrać. Zdążył wykalkulować sobie w głowie, po co przyszedł Hidan – zabić go. Albo raczej namówić go do samobójstwa, jak mniemał.
Niedoczekanie.
Ruszył z wolna, okrążając krzesło. Nie śpieszył się, obserwował dawnego kompana z należytą dokładnością. Sprawdzał, czy ma broń – miał, tego samego glocka co zwykle. Próbował ocenić swoje szanse, gdyby wywołał bójkę; prognozy były raczej pesymistyczne. Mógł przywłaszczyć sobie linę i spróbować go nią jakoś obezwładnić, ale, spójrzmy prawdzie w oczy, w starciu z bronią palną stał na przegranej pozycji.
– Mów – polecił Hidanowi stając naprzeciw niego.
Mężczyzna jakby tylko na to czekał. Z zadowoleniem pochylił się i oparł ramionami na kolanach.
– Do twarzy ci w tym pomarańczowym wdzianku – ledwie zdążył wypowiedzieć słowa, dostał z kopa w twarz.  Otarł krwawiące usta dłonią i kilka razy poruszył żuchwą; nie była wybita. – O cieee, paaaniee! – krzyknął z kpiną. – Nie zapomniałeś co i jak, hee, skurwysynie?
Itachi zbył docinki i z miejsca przeszedł do rzeczy. Może i startował z przegranej pozycji, ale to nie oznaczało, że mógł poddać się bez walki.
– Mów, po co przylazłeś. I co na mnie macie. Bo chyba nie jesteś tak głupi, żeby sądzić, że z własnej woli wejdę na krzesło i zarzucę sobie pętelkę na szyję.
– Twój braciszek nadal jest najsilniejszą kartą przetargową.
– Co mu zrobiliście?
– Nic – odparł Hidan. Z lubością obserwował iskry złości w oczach Uchihy. Zawsze lubił go wkurzać. Niegdyś była to jego ulubiona rozrywka, obecnie przerzucił się na dopierdalanie młodszemu Uchiha. – Jeszcze. Niedawno obiłem mu trochę facjatę, ale zasłużył, bo fikał do Szefa.
Itachi zdębiał. Niemożliwe – myślał. – Nie mógł wstąpić do Akatsuki, nie po tym wszystkim!
– Nie chcesz mi chyba powiedzieć, że…
– Wdał się w ciebie braciszek! Może jest trochę nieokrzesany i porywczy, ale jak na świeżaka, to radzi sobie nieźle. Kojarzysz komisarza Narę?
– Jaja sobie ze mnie robisz? – warknął.
Pytanie go o Shikaku Narę było jak pytanie psa o to, gdzie zakopał swoją kość. Znał go doskonale. Właśnie on wsadził go za kraty siedem lat temu, prowadził dochodzenie i zeznawał w sądzie przeciwko niemu. Miał mu za złe, ponieważ jako inteligentny człowiek powinien przejrzeć spisek Madary. W końcu od lat próbował go rozpracować. Niestety, policji wystarczył dowód na powinowactwo Itachiego z Akatsuki, żeby skazać go na piętnaście lat więzienia.
Hidan wyprostował się na krześle i z iskrą w oku spojrzał na więźnia.
– Kropnęliśmy go – oznajmił. Szok na twarzy Uchiha ukazał się natychmiast. – Przy okazji zginął też jego kumpel, ten historyk z licbazy, na bank kojarzysz, Sarutobi. Myślę, że powinieneś być dumny, bo zamordował go nikt inny, jak twój braciszek. Ładnie się spisał, co?
Usłyszawszy to Itachi nie zastanawiał się nawet chwili. Rzucił się na Hidana, podnosząc go z krzesła, i przyszpilił go pięściami za fraki do najbliższej ściany. Krzyknął na cały głos w jego twarz „KURWA!” i walnął go z dyńki, po czym powiedział:
– Wrobiliście go! Wrobiliście go, ty pierdolony… – nie skończył. Zawiesił głos i przełknął gorycz, rozumiejąc, że jego złość nic nie zmieni. Teraz musiał się skupić na uratowaniu dupy Sasuke. – Nie możecie go podać na policję.
– A to już, mój drogi, zależy od ciebie – odparł spokojnie Hidan i wyswobodził się z uścisku przeciwnika. Poprawił ubranie, kiedy Itachi opadł na podłogę i schował twarz w dłoniach. – Myślę, że rozumiesz już, do czego biję. Młody zrobił to przez ciebie, myślał, że strzela do ciebie, bo tak mu wmówiliśmy. Wiesz, zemsta i te sprawy. Swoją drogą, może ktoś powinien go posłać do psychiatry, bo z pewnością ma coś nie tak z głową po tym wszystkim. Z resztą nieważne. Szefuncio słyszał, że chcesz starać się o wcześniejsze zwolnienie i jest mu to bardzo nie na rękę. Czy wyszedłbyś teraz, za rok, czy za dziesięć – nie ma znaczenia. Mógłbyś wypaplać coś niewłaściwym osobom, Szef ci już nie ufa, dlatego postanowił się ciebie pozbyć. Chyba rozumiesz, że w tej sytuacji, to dość rozsądna decyzja? Ale wiesz co, Madara ostatnio ma dni dobroci. Chce ci zaproponować układ. Ty umrzesz, ale twój braciszek pozostanie wolny. Wystarczy jeden anonimowy telefon, żeby policja wzięła go na swój celownik… A taki siusiumajtek szybko przyznałby się do winy. Jest słaby. Ale ty jesteś silny, Itachi, jesteś inny, nieraz to pokazywałeś. Umrzesz, żeby Sasuke mógł spokojnie żyć na wolności. – Przykucnął naprzeciw Itachiego, a ten odpowiedział mu zdeterminowanym spojrzeniem. – Mam rację?
– Jaką mam gwarancję, że mówisz prawdę?
– Nie możesz jej mieć – odparł, wstając. – Ale jeśli mi nie uwierzysz, najdalej za miesiąc-dwa braciszek dołączy do twojej celi. No, może wcześniej wpadnie na parę miesięcy do poprawczaka, chociaż nie liczyłbym na to.
Obserwując bijącego się z myślami Itachiego, pokiwał z zadowoleniem głową. Dopiął swego. Doprowadził cholernego Uchiha na skraj, z którego gotów był zeskoczyć. Odwrócił się i odszedł do drzwi, otwierając je. Policzył do dziesięciu zanim znowu się odezwał:
– Teraz wyjdę i wrócę za pół godziny sprawdzić, czy nadal żyjesz. – Przekroczył próg i przymknął wrota, by po chwili cofnąć się o pół kroku. – I lepiej, ze względów estetycznych, żebyś nie żył. Nie chcesz się przekonać, jak ja wieszam ludzi.
Opuścił izolatkę.
Itachi nie musiał się długo zastanawiać. Był wściekły na brata, ponieważ mimo jego największych starań, zbłądził na złą ścieżkę. Na ścieżkę kryminalisty. Nie mógł pozwolić mu na niej pozostać, dlatego zrobiłby wszystko, żeby oczyścić jego imię. Hidan może był skurwysynem, ale również honorowym człowiekiem. A honor kryminalisty to rzecz święta.
To dla ciebie, braciszku.
Wstał na gumowych nogach. Organizm zaczął się bronić przed tym, co zdecydował umysł. Ręce mu się trzęsły, przed oczami ciemniało, każdy krok kosztował go wiele wysiłku. Wolał jednak popełnić samobójstwo, niż pozwolić Hidanowi go zabić. Przygotował krzesło, wszedł na nie. Linę zawiesił na haku i sprawdził, czy dobrze się trzyma – wyśmienicie. Pętla była już zawiązana, więc wystarczyło, że zarzucił ją na szyję. Musiał stanąć na palcach, żeby go zbytnio nie uciskała. Potrzebował ostatnich chwil zastanowienia.
Wtedy przypomniał sobie o zegarku Sasuke na prawym nadgarstku. Nie chciał, aby zacisnął się na jego skórze, gdy ciało spuchnie, dlatego, patrząc kątem oka, zdjął go. Sprawdził godzinę, ot, z przyzwyczajenia i może z przekory. Fajnie wiedzieć, o której godzinie popełniło się przymusowe samobójstwo. Czwarta piętnaście.
Rzucił zegarek na ziemię, szkiełko chyba się rozbiło, ale to było nieważne. Zaczął nieśmiało bujać krzesłem na boki. Raz-dwa, raz-dwa. Nie bał się o siebie, raczej o Sasuke. Raz-dwa, raz-dwa. Żałował, że nie mógł spotkać go choć raz przed śmiercią. Tyle razy zapraszał go listownie, prosił o odwiedziny. Raz-dwa, raz-dwa. Nigdy nie odpowiadał. Nie przychodził. Raz-dwa…
Krzesło przewróciło się na bok i mężczyzna zawisł na linie.
„Chciałem, żebyś wiedział, że uważam cię za porządnego faceta. Pamiętaj o tym, dobra?” – pomyślał w ostatnim przebłysku świadomości.
Ciało jeszcze przez kilka minut wierzgało na boki, aż zamarło zupełnie.
Tak zginął porządny facet.


„Jest prawo obozu, że ludzi idących na śmierć oszukuje się do ostatniej chwili.
Jest to jedyna dopuszczalna forma litości.”
~T.Borowski „Proszę państwa do gazu”


*akcja opowiadania kalendarzowo działa się w roku 2013


Yoona jest cudowna ♥ LUDZIE OGLĄDAJCIE DRAMY!
Od Autorki: Badum-tssss! Oto ja, z nowym rozdziałem! Tęskniliście? ♥ Bo ja trochę tak. Wiecie, zawsze jak widzę Wasz odzew na ShoutBox’ie, to tak cieplutko mi się robi na sercu i wtedy sobie myślę: „Kurde, Chustii, znowu zjebałaś. Weź się w garść, oni czekają!”. No i staram się, naprawdę się wtedy staram coś napisać. Nie zawsze mi to wychodzi, bardzo często brakuje mi słów i sił, żeby napisać chociaż zdanie. Ale czasem jest tak, że siadam i piszę pięć stron i mogę z dumą zmienić procentowy stan rozdziału i patrzeć, jak się z tego cieszycie. I dla takich drobnostek nadal walczę z samą sobą i małymi kroczkami kończę dla Was tę historię ♥ WIĘC BRAWA DLA WAS!
Został już tylko Rozdział 20 i Epilog (który jest napisany). CO SIĘ WYDARZY? Czy Temari wyjedzie? Co zrobi Shikamaru? Czy Ino jeszcze tutaj zamiesza? CZY JESZCZE KOGOŚ ZABIJĘ?
Czekajcie, a się dowiecie!
Buziaki, trzymajcie się cieplutko!

Wasza Chustii ♥

P.S. ZAPOMNIAŁABYM!!! Straciłam dostęp do mojego FanPage'a Chusteczka_aha więc teraz znaleźć mnie możecie tylko tu: Nie skreślaj mnie